Kontrowersje wokół kredytów frankowych

12 października 2020 roku miała miejsce premiera filmu "Banksterzy" – filmu, którego według doniesień "boją się banki".

W dużym skrócie przedstawia on historię „pracownicy banku, która namawia swoich klientów na niekorzystne inwestycje we frankach. Kiedy w jej ręce wpada najnowszy produkt walutowy – kredyt we frankach szwajcarskich, kobieta otrzymuje wielką szansę, żeby się wykazać. Mając pełne przyzwolenie szefa – (…), bez skrupułów zaczyna namawiać klientów na najbardziej ryzykowne i niekorzystne inwestycje”.

Czy historia wydaje się być znajoma?

Szacuje się, że w latach 2004 - 2009 w Polsce ponad pół miliona osób zaciągnęło kredyt, który jedynie pozornie udzielany był w walucie obcej tj. we franku szwajcarskim. Pozornie? Nikt z potocznie nazywanej już grupy „frankowiczów” nie widział przecież franka na oczy. Zacznijmy jednak od początku. Klient, ubiegając się o kredyt na wymarzone mieszkanie/dom wskazywał konkretną kwotę wyrażoną w złotówkach. Niestety wysokie oprocentowanie kredytów mieszkaniowych w złotówkach w tamtym okresie, sprawiło, że kredyt był dla większości osób niedostępny. Na ratunek przybyły wtedy nowe produkty oferowane przez te same banki, a więc kredyty (pseudo)walutowe indeksowane i denominowane.

Na czym polegała ich „wyjątkowość”? Pracownicy banków wykorzystując swoje sprzedażowe sztuczki jak mantrę powtarzali, że kredyty te cechuje „szybkość, bezpieczeństwo i taniość”. Posługując się specjalistycznym językiem, operując kwotami wyrażonymi raz w złotówkach raz we frankach szwajcarskich, stosując na pozór chłodną kalkulację powodowały, że Klient niemający żadnego pojęcia oferowanym produkcie, a w szczególności mechanizmach indeksacji/waloryzacji zaciągał kredyt „frankowy” wplątując się w tę pułapkę finansową. W społeczeństwie bardzo często słyszy się głosy „widziały gały co brały”, „frankowicze chcą tylko naciągnąć banki”. Nie ma się co dziwić – oferty banków były prawdziwym majstersztykiem a pracownicy banków byli wręcz wirtuozami marketingu. Wszystko wydawało się być jasne i czytelne pomimo, że był to produkt zagraniczny, taki „luksusowy”, „doskonały jak szwajcarski zegarek”. Nikt nie przypuszczał przecież, że kurs średni franka będzie ustalany samodzielnie przez bank a nie przez Narodowy Bank Polski, saldo kredytu pomimo regularnej spłaty będzie cały czas rosło a sam kredytobiorca nie będzie mieć pojęcia o tym, jaka kwota zostanie mu finalnie wypłacona. Grozy i absurdalności całemu procesowi udzielania tych (pseudo)kredytów frankowych dodaje również, fakt, że już w grudniu 2005 roku Prezes Związków Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz skierował do Generalnego Inspektora Nadzoru Finansowego pismo, w którym wskazał konieczność wprowadzenia zakazu udzielania kredytów walutowych. Niestety banki ulegając zasadzie „co zakazane kusi najbardziej” masowo polecali kredyty (pseudo)walutowe. I tak, na rynku pojawił się kredyt indeksowany i denominowany. Zarówno pierwszy jak i drugi wypłacany był i spłacany w złotówkach. Podkreślenia wymaga fakt, że zaciągając kredyty kredytobiorca znał jedynie szacunkową wartość kredytu. W przypadku kredytu indeksowanego kredytobiorca nie wiedział ile tak naprawdę zaciąga kredytu we frankach szwajcarskich, a w przypadku kredytu denominowanego jaką kwotę rzeczywiście otrzyma w złotówkach.

Gwoździem do trumny dla każdego frankowicza stał się dzień 15 stycznia 2015 roku zwany potocznie „czarnym czwartkiem”. To waśnie wtedy Szwajcarski Bank Narodowy zdecydował się "uwolnić" kurs franka względem euro. Po długim czasie sztucznego utrzymywania go na niemal stałym poziomie, nagle silnie umocnił się także w zestawieniu z polską walutą. Tym samym jeszcze tego samego dnia raty wzrosły o niemal kilkadziesiąt procent. Przez kilka kolejnych lat garstka frankowiczów prowadziła długotrwałe i częstokroć nieskuteczne batalie z bankami. Politycy niejednorodnie składała obietnice uregulowania kwestii frankowiczów, banki wytaczały powództwa w związku z zaprzestaniem spłaty kredytu. Dopiero 3 października 2019 roku nastąpił przełom, który rozniecił nadzieję kredytobiorców na zatrzymanie spirali zadłużenia. Tego dnia wydany został bowiem wyrok TSUE w sprawie Państwa Dziubaków (sygn. akt: C260/18), w którym sąd unieważnił umowę kredytu indeksowanego. Od tego momentu do sądów napływać zaczęły pozwy skierowane przeciwko bankom. Skutek? W 2020 roku pomimo wielu niejasności w kwestiach prawniczych niuansów ponad 95% spraw wygrali kredytobiorcy. Większość zastanawia się pewnie, czy w dalszym ciągu warto pozywać banki, czy też zawierać ugody, o których tak głośno w mediach. Odpowiedź na to pytanie brzmi oczywiście „to zależy”. Każdą opcję należy przeanalizować indywidualnie. Nie zapominajmy jednak o przyczynie tak rychłej decyzji o zawieraniu ugód z kredytobiorcami. Już 25 marca 2021 roku Sąd Najwyższy w uchwale rozstrzygnie bowiem kwestie, które od kilku lat napawają sądy wątpliwościami. To od tej uchwały zależeć będzie, czy banki będą w jeszcze większych tarapatach niż obecnie.